Breslau 1945
– Stacja Prochów[1], dalej nie pojedziemy. Tory są zerwane przed wjazdem na stację we Wrocławiu. Wysiadać z pociągu i nie marudzić – powiedział żołnierz patrząc na zdziwione miny pasażerów. Nie czekał na pytania, natychmiast obrócił się w tył i przeszedł do kolejnego wagonu.
***
Dwóch nastolatków wyszło przed dworzec na spory placyk zabałaganiony przez gruz i porzucone kawałki złomu. Wojna odcisnęła piętno na tym miasteczku, nie było wokół ani jednego całego budynku. Ścianę dworca ozdabiał niechlujnie wypisany białą farbą napis: „Min niet”. Przed budynkiem stały ciężarówki, na które ładowano worki z czymś trudnym do określenia. Kierowcy mieli białoczerwone opaski na rękach.
– Tam są nasi – powiedział starszy z chłopców.
Podeszli do pierwszego z kierowców.
– Czy jedzie pan do Wrocławia, można się z panem zabrać?
– A wam co, taksówki się zachciało? Nie chce wam się pójść pieszo tak jak innym? – odpowiedział przyglądając się chłopcom. – Jadę z mąką do piekarni we Wrocławiu. Dawajcie machorkę, albo bimber to się jakoś dogadamy.
Starszy z chłopaków odwrócił się, tak aby zasłonić sobą wnętrze otwieranego plecaka. Wyjął z niego butelkę zamkniętą korkiem owiniętym gazetą. Zamknął plecak i zwrócił się do kierowcy.
– Niech tak będzie, mam buteleczkę, co prawdy miała być na prezent – powiedział podając ją kierowcy. Nie dokończył zdania, gdy tamten już wyciągnął korek i pociągnął spory łyk. Otrząsnął się.
– No chłopaki, solidna robota, niezły ten prezent – pochwalił tego, kto pędził tak mocny bimber. – A więc zgoda, czekamy na papiery i jedziemy do Wrocławia. A gdzie tam chcecie się dostać? To duże miasto.
[1] W 1945 roku taką nazwę nadano miejscowości Brochów, dziś część Wrocławia.
